Przejdź do głównej zawartości

Xurros, czyli wycieczka do Sitges

· 4 min aby przeczytać

W Katalonii byłem kilka dni. Nie pierwszy raz, ale pierwszy raz wypoczynkowo i pierwszy raz z rodziną. Mam garść wrażeń, kilka nowych smaków, jeden zawód kulinarny, kilka luźnych przemyśleń natury egzystancjalno-turystycznej.

Przede wszystkim chciałbym zacząć od miasta. Sitges to bardzo ładne, idealne na wakacyjny wypad miasto. Całkiem niedaleko od Barcelony, a jednocześnie wystarczająco daleko by uciec od tłoku i innych turystów. Bardzo otwarte miasto, bardzo gościnne i łatwo uciec w nim od głównych turystycznych szlaków. A to warto uczynić w poszukiwaniu restauracji czy kawiarni. Małe wąskie uliczki pełne są kawiarenek i barów tapas, a te pełne są nowych doświadczeń kulinarnych. Te przy plażach i głównych szlakach, zachęcają z daleka, ale do tych wspomnień nie wracam aż tak chętnie. Zresztą mój największy zawód — czarna paella, z którą wiązałem pewne nadzieje, to właśnie jedna z restauracji przy samej plaży. Czarna paella to ryżotto z owocami morza zaczerniane tranem z kałamarnicy. Chciałem już od jakiegoś czasu spróbować, bo to ponoć typowo katalońskie danie... Cóż może zbyt duże nadzieje z nią wiązałem. Najlepsze wspomnienia mam z tych z miejsc, które trzeba było znaleźć, gubiąc się w wąskich uliczkach.

Truposze Jarmuscha

· 3 min aby przeczytać

Siedziałem chwilę cicho. Chwila przeciągnęła się do roku. Trochę dlatego, że mi się nie chciało pisać. Trochę nie miałem czasu. Trochę mi się formuła wyczerpała. Ale cały czas doznawałem. Tyle że w środeczku tak trochę. Bez uzewnętrzniania. Ale potem mi się przypomniało, że przecież miałem się dzielić doznaniami. No więc ten…

Na filmie byłem. W innym mieście, bo w moim mieście jedno kino zamknęli a drugim nie puszczają Jarmuscha. No więc byłem w innym mieście, na filmie o zombie. Bardzo dobrym filmie o zombie.

Dalej będzie spoiler na spoilerze