Nosowska według Galusińskiej
Jej twórczość, w zasadzie dość mi daleka, jest przeze mnie odbierana zupełnie inaczej, z racji momentu, w którym osiągnęła apogeum popularności. Nosowska czy w ogóle Hey nigdy jakoś do mnie szczególnie nie trafiały, owszem scena grunge'owa to duża część soundtracku mojego nastoletniego życia, ale nigdy też nie traktowałem Heya jako grunge. Ale to było wtedy wszędzie, a ja byłem w ogólniakach, więc chcąc niechcąc mam neuronowe kaniony wyryte piosenkami Nosowskiej.
Fot. Karol Budrewicz. Zdjęcie pochodzi z profilu FB Teatru
Wiem, miałem pisać o innych rzeczach, o giereczkach i ważnych życiowo sprawach, ale dzieje się dużo, i jeżeli chodzi o bloga, to znajduję czas tylko na rzeczy istotne, jak teatr. No bo w teatrze byłem chociaż w holu w zasadzie. We fuaie w Legnicy. Ewa Galusińska zbudowała monodram na tekstach Nosowskiej. Opowiedziała trochę inną historię i nadała im dużo nowych znaczeń. Takie jakby Across the universe tylko zamiast Beatelsów, jest Kaśka Nosowska.
No i jak napisałem, ja w sumie nie lubię Nosowskiej, chociaż może nie tak. Ja mam bardzo ambiwalentne uczucia co do współczesnej Nosowskiej. Najtisowa Nosowska gdzieś tam sobie funkcjonuje neutralnie, ale inaczej jest z jej twórczością. Jeśli wiesz, co chcę powiedzieć – z jakiegoś powodu tak mocno mi się zakotwiczyła, że już pierwsze dźwięki przenoszą mnie w rok 1996, budząc całą chemię odpowiedzialną na nostalgię. No i nie da się przejść obok tego obojętnie no i to zmienia zupełnie odbiór. Dlatego napisałem o tym tak dużo.
Ale Ewa Galusińska robi coś innego niż tylko buduje nastrój na nostalgicznej chemii. Buduje prywatną wersję artystki, która nie musi być już Nosowską i nie musi być też Galusińską, jest trochę everywomen ale z konkretnego pokolenia, z konkretnego miejsca z konkretnymi wartościami. Buduje kobietę, która swoje role, swoje marzenia, ale również swoje przekonania trzyma zamknięte w lodówce, żeby się nie zepsuły i wyciąga po jednym na chwilę, żeby opowiedzieć. W zasadzie w tej lodówce trzyma całą siebie, prócz tej części, która akurat jest na zewnątrz.
A skoro już o lodówce... Pani pasztetowa została przeinterpretowana w sposób zjawiskowy, nadający jej kompletnie nowe warstwy i głębie. To zdecydowanie też najlepszy kawałek całego monodramu.
Bo jeżeli chodzi o wykonanie muzyczne to było zachwycające. Ewa Galusińska umie w śpiewanie, co niejednokrotnie na legnickiej scenie pokazała i w swoim muzycznym monodramie nie zawodzi. Do tego dobrała sobie znakomitych muzyków, którzy robią tło zarówno muzyczne jak i sceniczne. Michał Sosna i Remigiusz Hadka na żywo, na saksofonach, basie, klawiszach i elektronice dopełnili całości idealnie. Jednym zdaniem - muzycznie ten monodram jest zjawiskowy.
Teatralnie zresztą też, nie mam nic do zarzucenia. Autorka/aktorka czuje się na scenie znakomicie, usuwa czwartą ścianę, co buduje nawet ciekawe i pewnie osobiste relacje między widzami i aktorką.
Jedyny zgrzyt to miejsce. Ten korytarz przy kawiarni, on moim zdaniem się nie sprawdza. Scena jest tak zabudowana, że tworzy mieszkanie – sanktuarium, bezpieczne na tyle, żeby można było sięgnąć nawet głębiej do lodówki osobowości, lęków i marzeń. Ale jednocześnie przy tym układzie widowni duża część sceny jest zwyczajnie niedostępna i niewidziana. Świetne sceny do monodramu Teatr Modrzejewsiej budował na strychu. To fuaie trochę się nie nadaje i nadaje wszystkiemu wrażenie tymczasowości i prowizorki.
Tak czy owak. Idźcie koniecznie na Hiroszima znów zatańczy, bardzo warto. Jedźcie do Legnicy, ale dopiero w maju, bo jak nie byliście wczoraj, to w kwietniu nie zobaczycie. Na kwiecień natomiast już nabyłem zupełnie inne bilety...