"1 Rz 6,7"

Mężczyzna stał pośrodku niewielkiego pubu. Dookoła niego wszystko zaczynało wirować. Nie było to jednak spowodowane zbyt dużą ilością alkoholu. W jego oczach pojawił się dziki szał. Stał i patrzył na nich sądząc, że zaraz zwymiotuje. Tyle szczęścia w jednym miejscu - to zbyt obrzydliwe. Stał więc, mnożąc i pielęgnując w sobie nienawiść. Nienawiść do tańczącej pary. Do złodziei jego szczęścia. Czuł się jak przedszkolak, który tylko czeka żeby skoczyć na drugiego przedszkolaka, ponieważ tamten ukłuł go szpilką...

Złość wzbierała w mężczyźnie wraz z każdym kolejnym kieliszkiem wódki. Szczęście, którym tak cieszyła się owa para miało być jego szczęściem. Tymczasem właśnie kończyły się resztki jego cierpliwości i obiektywizmu. Para zakończyła taniec. Tancerz przeprosił partnerkę i podszedł do mężczyzny. Mężczyzna mimowolnie zacisnął pięść gotów do ataku. Jego źrenice były ledwie dostrzegalne przez szparki jego powiek. Dieslowski silnik nienawiści wył wysprzęglony na pełnych obrotach.

- Wiesz - powiedział Tancerz - nie będę się w to angażował, tydzień całkowicie wystarczył mi na zbadanie sytuacji. Weź ją sobie z powrotem...

Do tej pory powstrzymywany silnik ruszył. Wystartował automatycznie. Koła boksując rwały się do ataku. Temperatura wzrosła maksymalnie. Rozrzedzony olej skwierczał od gorąca i ciśnienia. Atak...

Ataku nie było. Silnik zatarty, sprzęgło spalone.

Mężczyzna osunął się na krzesło i wypił kolejne pięćdziesiąt gram...

 

***

...Jaskinia nie była duża, ale za to wysoka. Jej sklepienie pokrywały wiekowe warstwy nietoperzy nigdy nie opuszczających tego miejsca. Całe ich pokolenia rodziły się i umierały nie widząc dziennego światła i nie czując innego powietrza nad te, które docierało do wnętrza ich domu. Nie słyszały innego dźwięku nad głosy istot tu przychodzących. Teraz też tu były. Ciche, zwiewne jak cienie i jak cienie ciemne...

Na kamiennym stole wyrzeźbione były tajemnicze znaki, których powstania nikt już nie pamiętał, może tylko Pierścień z Diamentem mogła coś o nich powiedzieć, ale Pierścień z Diamentem rzadko odzywała się sama z siebie...

Okrągły stół pozostawiał niewiele miejsca do ściany. Zasiadało przy nim sześć postaci, przed każdą z nich leżał pierścień. Pojedyncza świeca rozjaśniała jaskinię, światło padało na metal, na kamienie w pierścieniach i odbijało się w Ich oczach. Jedno miejsce było puste...

- Znowu się spóźnia... - powiedziała Pierścień z Kwarcytem krzywiąc swoją piękną twarz. - Dzieciak. Trzpiot. Dzierlatka...

- Poczekaj... - głos Pierścień z Obsydianem odbijał się od ścian zwielokrotniony przez echo - Poczekaj...

***

- Aaaaaaaa!!! - mały zielonowłosy chłopiec zerwał się posłania. Usiadł na łóżku. Oddychał ciężko, na młodym czole pojawiły grube i tłuste krople potu. Nie pamiętał już snu. Pamiętał że był straszny. Powoli przerażenie zamieniało się w strach. W oczach chłopca pojawiły się łzy.

- raaaaaaahn! - wykrzyknął zapłakany i pobiegł do drugiego pokoju gdzie powinien spać jego starszy przyjaciel. Nie znalazł go w sypialni. Przerażenie znowu rozszerzyło źrenice chłopca.

- Nie chowaj się! Gdzie jesteś! - łzy płynęły po policzkach, nie zważając na uczucie wstydu. Przerażenie jednak nie mijało. Edge biegał po całym domu szukając rahna, aż poszukiwania zamieniły się w bezładne bieganie spanikowanego dziecka. W końcu Edge stracił siły i usiadł na środku korytarza.

- Dlaczego mnie zostawiłeś ? - chlipał cichutko. 

- Boję się... - wyszeptał w taki sposób, aby nikt go nie usłyszał. Powoli skulony w kłębek w korytarzu na ziemi znowu zasnął...

***

Z daleka słychać było szybkie kroki biegnącej istoty. Kilka nietoperzy zerwało się do szaleńczego lotu, na próżno szukając wyjścia. Pierścień z Ametystem wbiegła do jaskini i rzuciła swój pierścień na stół przed tylko dla niej przeznaczone krzesło z wysokim oparciem.

- Dlaczego ty znowu... - zaczęła Pierścień z Kwarcytem.

- Co się stało ? - zapytała cicho Pierścień ze Smokiem. Ametyst często się spóźniała, ale nigdy nie starała się tak gorączkowo poprawiać rozwianych od szybkiego biegu włosów i nigdy, tak jak w tej chwili, nie odwracała twarzy od świecy...

- Co się stało ? Mów ! - rzuciła szybko Pierścień ze Smokiem pochylając się w stronę Ametystu. Inne Pierścienie dopiero teraz dostrzegły, że dziewczyna ma zapuchnięte oczy i mokre ślady na narzuconej na ramiona cienkiej chuście.

- On odszedł... Odszedł, naprawdę. Już go nie ma...

- Skąd wiesz ? - zapytała Pierścień ze Smokiem.

- Napisał... Zostawił list...

Zapadła cisza...

***

Edge obudził się kiedy słońce stało już wysoko i oświetlało całe nocne przerażenie, zamieniając je w smutek. Wyszedł przed dom nie wiedząc, co ma teraz zrobić. Przecież to zawsze rahn podejmował decyzje i to zawsze on prowadził ich poprzez krainę jaźni gospodarza. Krajobraz, który zobaczył przed domem, wcale nie napełnił go optymizmem. Burza jaka przeszła w nocy zniszczyła doszczętnie mniejsze drzewka, które posadzili z rahnem całkiem niedawno. Większe przetrzymały burzę jednak ich stan również nie dawał powodów do wiosennej radości.

Spojrzał na rozciągające się w dolinie miasto. Zerwane druty wysokiego napięcia jeszcze iskrzyły groźnie. Wywrócone samochody błagały o pomoc resztkami mocy akumulatorów. Miasto nie było puste. Miasto było spustoszone. Wraz z burzą musiała nadejść któraś z hord krążących zawsze nieopodal miejsc panowania cywilizacji. Edge spoglądał smutnym wzrokiem w kierunku miasta, z którego nie mógł oczekiwać pomocy. Ostatnią deskę ratunku posiadał kto inny. Chłopiec zjadł lekkie śniadanie, otarł rękawem nos i łzy z policzków. Powolnym krokiem ruszył w kierunku pobliskiego lasu.

Las wydawał się zdecydowanie mniej zniszczony, niż cokolwiek na otwartej przestrzeni, to wcale jednak nie pocieszało chłopca. Zawsze bał się tego lasu. Często działy się w nim przerażające rzeczy. O wiele bardziej byłby zadowolony gdyby to miasto pozostało nietknięte a cały las spłonął w ciągu nocy. Spieszył się, żeby dojść do domu Hieronima przed nadejściem nocy. Za nic w świecie nie zasnąłby pośród tych drzew, które nigdy nie rzucały cienia. Pomimo wiekowego majestatu puszczy tutaj też dało się zauważać wpływ nocnych zniszczeń. Zwierzęta, nawet te najodważniejsze, nie opuściły od rana swoich legowisk. Wiosenne słońce smagało promieniami strumienie, liście i puste drogi. Edge usiadł na chwilę, żeby odpocząć. Wtedy nastąpił pierwszy wstrząs. Kilka starszych drzew upadło w poprzek drogi. Edge złapał się najbliższego i - jak sądził - najmocniejszego drzewa i z przerażeniem obserwował sytuację. W jednej chwili niebo zachmurzyło się pogrążając wszystko w przepastnej ciemności. Wiatr zerwał się ze smyczy swoich bogów. Pierwsze błyskawice spaliły doszczętnie kilka pobliskich drzew. Chłopiec zacisnął palce na szczelinach kory. Zamknął oczy. Poczuł uderzenie czegoś dużego. Rozległ się potężny hałas. Zaraz potem wszelki dźwięk umarł. Chłopiec poczuł jak coś wbija mu się w policzek. Chciał krzyczeć. Kolejny wstrząs. Obok spadło coś dużego. Dalej nie było nic...

***

Pierścień z Diamentem jak zwykle nic nie mówiła, a tylko słuchała i zbierała w sobie wszystkie wieści oraz opinie. Jedno jej spojrzenie wystarczało, aby zazwyczaj roztrzepana Pierścień z Ametystem milkła i zaczynała wtórować Pierścień z Rubinem w jej metafizycznych dociekaniach.

- Więc dlaczego tego nie zrobimy ? - zapytała czarnowłosa Pierścień z Kwarcytem gładząc ze zdenerwowania oparcie prastarego krzesła.

- Pewnie dlatego, że nikt nas nie poprze... - odpowiedziała od niechcenia Pierścień ze Szmaragdem. - A co mówią twoje karty, Rubinie ?

- Krawędź... - wyszeptała zapytana - Świat stał się Krawędzią, a Krawędź stała się światem...

- Nic z tego nie rozumiem - żaliła się Pierścień z Ametystem.

-  Zrozumiesz, jak nabędziesz więcej doświadczenia - uśmiechnęła się Pierścień z Obsydianem - to przychodzi z wiekiem...

- Właśnie, że nie - oponowała Pierścień z Ametystem - to chyba musi być wrodzone, spójrz na Pierścień z Szmaragdem - ona wcale nie ma więcej doświadczenia ode mnie, a wie więcej i więcej rozumie. O, bogowie, dlaczego to musiało się przytrafić właśnie mnie...

- Dlatego, że jesteś wybrana - zaśmiała się Pierścień z Obsydianem - tak samo jak inne Pierścienie, tak samo jak Ciemność i tak samo jak Sepedet...

- Nie czas teraz na wasze dywagacje - ucięła krótko dyskusję Pierścień z Kwarcytem. - Co o tym sądzisz, Pierścień ze Smokiem?

- Myślę, że powinnyśmy zacząć działać zanim będzie za późno - powiedziała wolno Pierścień ze Smokiem gładząc w zamyśleniu ciężkie, czarne loki - to będzie najlepsze wyjście... Musimy to zrobić zanim nadejdzie taki czas, kiedy hordy zaczną gonić za uciechą i przyjemnością i zapomną co jest prawdziwym bogactwem. I jaki skarb leży w ich zasięgu. Zanim świat stanie się zbyt okrutny by myśleć i zanim stanie się Krawędzią...

- Już stał się Krawędzią - wtrąciła ponuro Pierścień z Rubinem

- Nie... - powiedziała Pierścień ze Smokiem - jeszcze nie, jeszcze mamy trochę czasu...

- A co z Nim... ?

- Nie wiem... - powiedziała Pierścień ze Smokiem. - On jest daleko, może dalej, niż kiedykolwiek myślał, że się znajdzie...

- ...I oddala się, cały czas się oddala... - powiedziała Pierścień z Rubinem wpatrując się w rozłożone przed nią karty.

- Zatem nic nie możemy dla niego zrobić ? - zapytał Ametyst, a jej oczy zaszkliły się delikatnymi łzami.

- Nie wiem... - powtórzyła Pierścień ze Smokiem. - Nie wiem...

***

Chłopiec powoli otworzył oczy. Jasne światło ukłuło ostrą szpilką. Zacisnął powieki. Czuł ból dokładnie w każdej części swojego dziecięcego ciała. Po policzkach znowu zaczęły płynąć łzy. Bezsilność i przerażenie rozpanoszyły się na dobre w jego jaźni.

- Nie płacz - usłyszał spokojny, lecz smutny głos Hieronima. Powoli znowu otworzył oczy i spojrzał na tak znienawidzonego już wcześniej mędrca.

- On odszedł - powiedział cicho chłopiec.

- Wiem o tym, ale to nie jego wina. Coś, co wydarzyło się na zewnątrz, poza jaźnią gospodarza, zabiło rahna. - Edge zauważył, że Hieronim jest inny niż zwykle. Zniknął jego cynizm jakim posługiwał się codziennie. Przestał również głosić swoje jedynie słuszne prawdy graniczące z absurdem.

- Chwilowo przejąłem - ciągnął Hieronim - te cechy osobowości, za które odpowiadał rahn. To da nam trochę czasu na jego odnalezienie i wskrzeszenie.

- Da się go wskrzesić ? - w głosie Edge'a pojawiła się nutka nadziei.

- Nie wiem - odpowiedział mędrzec - może się uda, przynajmniej będziemy próbować. Dałem gospodarzowi spory zapas cynizmu, to powinno uchronić nas przed kolejnymi wstrząsami... Przynajmniej na jakiś czas...

Edge poczuł się już na tyle silny, żeby wstać z łóżka. Hieronim przyglądał się mu z drobnym uśmiechem podziwu. Ten mały był naprawdę silną osobowością. 

            Wyruszyli kiedy tylko chłopiec odzyskał pełnię sił. Hieronim zdecydował się iść w kierunku miasta. Edge nie zaprzeczał, ponieważ nie wiedział gdzie należy rozpocząć poszukiwania. Przeszli przez zniszczony las. Patrzyli na połamane drzewa, które rahn tak znał i lubił. W końcu ten las był jego własnym cieniem, być może właśnie dlatego drzewa tutaj nigdy nie rzucały swoich cieni. Przechodząc obok domu zauważyli jedną z hord penetrującą zakamarki budynku. Woleli ominąć ich z daleka.

- Domem zajmiemy się później - pocieszył Hieronim chłopca, który oglądał tę scenę z rosnącą agresją.

- Wystarczy, że nie ma go jakiś czas a wszystko tutaj zaczyna niszczeć. A co gdyby nie było go dłużej? - Edge cedził przez zaciśnięte zęby każde ze słów.

- Wtedy wszystko musiałoby zostać zniszczone - odpowiedział filozoficznie mędrzec. - Ja lub ty budowalibyśmy wszystko od nowa. Tak się dzieje zawsze. Gospodarz i tak ma szczęście, że posiada trzy osobowości...

Hieronim ciągnął swoje rozważania, aż weszli do miasta. Było ono całkowicie zrujnowane i splądrowane przez hordy. Omijając kupy gruzu i przedzierając się przez resztki prowizorycznych szańców, na których bronili się mieszkańcy, doszli do rynku. Pośrodku placu stało wielkie Madejowe Łoże, na którym leżało martwe ciało. Wokół Łoża zebrali się ci z mieszkańców, którym udało się przeżyć ataki hord.

- Jesteście odrobinę za późno - powiedział powoli Józef P. kiedy ich zauważył.

Edge rozbijając stojący tam tłum podbiegł do ciała. Poznał swojego przyjaciela. Otworzył szeroko usta, jakby chciał wydobyć z siebie krzyk, lecz milczał. Powoli osunął się na kolana i zaraz potem skulił do pozycji embrionalnej.

- Hordy go tu torturowały - powiedziała Personifikowana Mrówka. - Jakiś czas się opierał, lecz w końcu poddał się. Boimy się, bo nie wiemy, co teraz z nami będzie. Och! Po co dałam mu się personifikować - Mrówka nie ukrywała swojej rozpaczy.

- Ile dni już tak leży ? - zapytał Hieronim.

Mieszkańcy popatrzyli po sobie.

- Nie wiem... - powiedział Józef P. - Dwa, może więcej...

- Myślę, że uda mi się go wskrzesić, pod warunkiem, że nie leżał dłużej niż trzy dni. - powiedział Hieronim i zabrał się do pracy.

***

Pierścień z Diamentem siedziała w milczeniu pogrążona w swoich, jej tylko dostępnych myślach. Patrzyła w serca pozostałych Pierścieni i w swoje. Patrzyła w ich myśli...

Wyciągnęła przed siebie złożone dłonie i powoli je otworzyła. Pozostałe Pierścienie wstrzymały oddech i patrzyły na to, co właśnie zaczynało się dziać. W dłoniach Pierścienia z Diamentem wykwitał powoli maleńki płomień - skondensowana porcja energii. Był maleńki, ale dawał mnóstwo światła i bliżej nieokreślone, dziwne ciepło. Patrzyły jak nabiera mocy i blasku...

- Poślemy je... - powiedziała powoli Pierścień z Diamentem.

- Niech pokaże Mu, że istnieje jeszcze wciąż droga powrotna. Jeśli będzie chciał to wróci, jeśli nie... będzie to jego wybór...

Kolejno dotykały dłoni Pierścienia z Diamentem. Z każdym dotykiem światełko nabierało mocy oraz nieco innej barwy... W końcu oderwało się od dłoni tej, która je przywołała i poszybowało w dal...

***

            Trzeciego dnia o świcie rahn otworzył oczy...

Kiedy hordy odeszły wszyscy wzięli się do pracy i rozpoczęli wielką odbudowę. Edge opowiadał na prawo i lewo historię o tym, jak z narażeniem życia - kiedy rahn był martwy - ratował Hieronima z opresji, aby doprowadzić go do miasta. Właściwie to gdyby nie pomoc Edge'a to nic by się nie udało. Przy każdej okazji pokazywał blizny i rany jakie odniósł w walkach z hordami. Hieronim nie pozwolił ujawnić nikomu swoich sposobów przywracania osobowości do życia.

Podobno jednak na samym początku Przywracania pojawiło się znikąd małe światło, które zawróciło Wędrowca z długiego tunelu pomiędzy Życiem a Śmiercią...

***

Niedzielne słońce było nieco zaspane, ale w końcu wstało. Mężczyzna powoli otworzył oczy i zaraz szybko je zamknął. Ból głowy, jaki posiadł w wyniku czwartkowego procesu alkoholizacji, nie pozwalał na zebranie myśli. Leżał przez chwilę, a kiedy ból minął, powoli wstał. Uśmiechnął się.

- Jaki to był piękny dzień... - pomyślał.

Potem do głowy wpadła mu jedna jedyna refleksja.

- Ależ to była szczeniacka historia. Żal tylko tego, co zmieniła na stałe...

rahn - Głogów 2002-04-29

Ailén - Warszawa 2002-05-01